Na początku pojawiły się wątpliwości. Czy w takim domu da się stworzyć coś pięknego. Czy bałagan nie zabierze magii. Czy ciąża nie potrzebuje neutralnego tła, jasnych zasłon i pustych kadrów. Te pytania wisiały w powietrzu, zanim jeszcze aparat trafił do dłoni.
A potem przyszło światło. Ostre, zdecydowane, wpadające przez okno bez pytania o pozwolenie. Rozlało się po ścianach, przecięło przestrzeń i zatrzymało się dokładnie tam, gdzie stała ona. Mama z brzuszkiem. Naturalna, skupiona, trochę onieśmielona, a jednocześnie piękna w sposób, którego nie da się zaplanować.
W tym świetle sesja ciążowa w domu nabrała zupełnie nowego znaczenia. Kartony przestały być problemem, zabawki zniknęły gdzieś na dalszym planie, a odkurzacz stał się tylko elementem historii, nie jej przeszkodą. Cała uwaga skupiła się na niej. Na dłoniach obejmujących brzuch. Na sylwetce rysowanej przez światło. Na spokoju, który pojawił się w jej ciele, kiedy zobaczyła pierwsze kadry.
To światło zakryło wszelkie wątpliwości. O przestrzeń. O estetykę. O to, czy dom musi być idealny, żeby zdjęcia miały sens. Okazało się, że kreatywność nie rodzi się z porządku, tylko z uważności. Z patrzenia. Z odwagi, żeby zobaczyć piękno tam, gdzie na co dzień widzi się tylko niedoskonałość.
Ta domowa sesja ciążowa była opowieścią o życiu takim, jakie jest naprawdę. Z przedmiotami w tle, z historią zapisaną w ścianach, z oczekiwaniem na nowe. I z kobietą, która w ostrym świetle zobaczyła siebie dokładnie taką, jaką jest – wystarczającą.
