To był reportaż codzienności, bez planu i bez wyjątkowych okazji. Zwykły dzień mamy z dwiema dziewczynkami. Jedna malutka, jeszcze niemowlak, blisko ciała przez większość czasu. Druga starsza, w nieustannym ruchu, z energią, która wypełnia cały dom.
Karmienie piersią przeplatało się z codziennymi obowiązkami. Mała piła spokojnie, wtulona, a mama w tym samym czasie wykładała naczynia ze zmywarki z nosidłem na piersi. Bez pośpiechu, bez napięcia. Potem było rozkładanie prania, miękkie tkaniny układane na kanapie, chwile zatrzymania pomiędzy jednym zadaniem a kolejnym. W pewnym momencie, zupełnie naturalnie, przyszło obcinanie paznokci, kiedy niemowlę nadal ssało pierś, ufne i bezpieczne.
Na podłodze rozłożona mata, zabawa z zabawkami, małe rączki chwytające kolory, spojrzenia pełne skupienia. Obok starsza dziewczynka biegała, kręciła się w kółko, tańczyła do piosenki lecącej z telewizora, czasem wpadając w kadr, czasem znikając gdzieś za drzwiami. Jej śmiech był tłem dla wszystkiego, co się działo.
W salonie stały maszyny męża, niepasujące do reszty wnętrza, ale idealnie wpisujące się w tę historię. Pranie, sprzęty, codzienne przedmioty, które zwykle próbuje się ukryć. Tutaj były częścią życia, tak samo ważną jak czułe gesty i spojrzenia.
Ten reportaż nie szukał wielkich emocji, bo one były obecne w najmniejszych momentach. W spokojnym karmieniu. W tańcu bez powodu. W zmęczonych dłoniach, które wciąż robią swoje. Zwykłe życie, bez filtra i bez poprawiania.
A jednak była w tym wszystkim magia zwyczajności. Taka, którą widzi się dopiero po czasie. Kiedy te dni miną. Kiedy dzieci urosną. Kiedy ktoś zapyta, jak to było wtedy naprawdę. I właśnie po to jest reportaż codzienności – żeby te momenty nie zniknęły.
