Mój pierwszy reportaż z porodu był jednym z tych doświadczeń, które zostają w ciele na zawsze. Ogromne wzruszenie mieszało się z niepewnością. Czy zdążę dojechać. Czy będę w tym jednym, niepowtarzalnym momencie. Czy uda mi się uchwycić chwilę, której nie da się powtórzyć ani zaplanować.
Poród Sary trwał mniej niż dwie godziny. Ledwo odeszłam od stołu podczas rocznicy ślubu moich rodziców to gdybym zachowała spokój, zdążyłabym jeszcze na deser. To zdanie wracało do mnie później z uśmiechem, bo w porodach nigdy nic nie wiadomo. Czas potrafi się rozciągać w nieskończoność albo nagle przyspieszyć, nie pytając nikogo o gotowość.
W porodach nie ma scenariusza. Nie wiadomo, ile to potrwa, jak bardzo będzie intensywne, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Jest tylko uważność i gotowość na to, co się wydarzy. A kiedy wszystko kończy się cudownymi narodzinami, wzruszenie wypełnia całą salę. Nie tylko rodziców. Cały personel jest poruszony tą chwilą, bo narodziny zawsze niosą ze sobą coś, czego nie da się oswoić rutyną.
Sara i Krystian rodzili po raz trzeci. Byli spokojni, zanurzeni w procesie, obecni. W ich doświadczeniu było zaufanie do ciała i do tego, co już znane, ale emocje były równie silne jak za pierwszym razem. Pojawienie się nowego życia za każdym razem ma w sobie tę samą moc.
Ten pierwszy reportaż porodu był dla mnie przekroczeniem granicy. Wejściem w przestrzeń absolutnej intymności i zaufania. Przypomnieniem, że fotografia to nie tylko obraz, ale świadkowanie. Bycie obok w momencie, w którym świat zmienia się na zawsze.
