Od 2018 roku co roku spotykałam się z kobietami karmiącymi piersią. Najpierw były grupowe sesje, potem w 2023 roku projekt dokumentalny w domach, a w 2024 karmienie w miejscach publicznych. To był bardzo ważny i prawdziwy kawałek mojej fotograficznej drogi. Jednocześnie z czasem poczułam, że to skojarzenie mojej marki wyłącznie z tym tematem jest bardzo silne i że 2025 rok przynosi mi potrzebę domknięcia tych projektów, a nie ich dalszego ciągnięcia.
Nie chciałam jednak kończyć tego w ciszy ani stawiać grubych kresek. Zamiast kolejnego projektu zaproponowałam po prostu świętowanie Światowego Dnia Karmienia Piersią. Wieczór fotografowania w lesie, do ostatniej chętnej osoby.
Tego dnia mżało, nad lasem wisiały ciężkie chmury. Dziewczyny przyjechały z parasolami, czasem z bardzo daleka, niekiedy pokonując nawet sto kilometrów. Były z mamami, czasem z babciami. To nie było wydarzenie z planem i scenariuszem, tylko kobiecy wieczór. Spokojny, czuły, prawdziwy.
Nie wszystkie uczestniczki zgodziły się na publikację zdjęć, dlatego pokazuję tylko fragment tego spotkania. Jedną historię jednak chcę opowiedzieć, bo noszę ją w sobie od dawna.
Wśród karmiących była moja klientka, którą spotkałam kilka lat wcześniej w zupełnie innych okolicznościach. Biegłam wtedy na mój pierwszy reportaż z porodu. Na izbie przyjęć zobaczyłam ją płaczącą, po stracie. Przytuliłam ją i musiałam biec dalej.
Od tamtego momentu coś się zmieniło. Bo tego wieczoru w lesie stała przede mną z córeczką, która przyszła na świat po poronieniu. Karmiła ją spokojnie, pośród drzew, w mżawce, wśród innych kobiet. To była tęczowa dziewczynka.
Czy jest piękniejsze domknięcie tej historii niż zachód słońca i tęcza, która naprawdę pojawiła się na niebie? Ja nie wierzę w przypadki. Wierzę w historie, które zataczają krąg.
