Aniu, od początku… Chcę żebyś opowiedziała dla osób, które będą czytały tę rozmowę, z jaką niepełnosprawnością się zmagasz i czy się urodziłaś z nią od razu i co to jest. Ja Ciebie znam ze studiów dziennikarskich, ale chciałabym przybliżyć Twoją historię innym.
Mam swoją niepełnosprawność od urodzenia. Urodziłam się z niepełnosprawnością o podłożu neurologicznym. W efekcie w późniejszych latach pojawiła się skolioza kręgosłupa.
Czy Twoja mama miała jakieś dolegliwości w ciąży? Czy wiedziała, że urodzisz się z jakimś schorzeniem? Było to wykryte?
Moja mama zaszła w ciążę w dojrzałym wieku, czym zresztą była trochę przerażona.
Do piątego miesiąca ciąży wszystko wskazywało, że jest ok, a potem niestety zaczęły wychodzić coraz to poważniejsze rzeczy. Wiadomo, te 36 lat temu diagnostyka w Polsce nie była taka jak dziś i nie mieliśmy takiego USG w formie 3D i tak dalej, i tak dalej. Było więc od pewnego momentu wiadomo, że urodzę się z jakimś schorzeniem, ale lekarze nawet nie byli w stanie określić mamie, jakie to będą problemy, bo to były różne spekulacje.
A jak wspominasz dzieciństwo? Czy Twój wygląd wzbudzał zaciekawienie w szkole?
Przez całe życie miałam nauczanie indywidualne, bo przez problemy zdrowotne poszłam dwa lata później do szkoły. Gdy zaczęłam być kumatą dziewczynką, że tak powiem, to już wtedy wiedziałam, że wyglądam troszeczkę inaczej, że muszę mieć inne ubrania, że nie mogę robić zabaw takich, jak wszystkie inne dzieci. Tak się składa, że w dzieciństwie właśnie na tej działce (gdzie rozmawiamy przyp. autora), to bawiłam się w większości z pełnosprawnymi dziećmi. Intelektualnie byłam sprawna, chciałam robić dokładnie to, co te dzieci, ale gdzieś to ciało nie do końca mi pozwalało. Miałam takie towarzystwo akurat, które traktowało mnie normalnie. Były też różne kłótnie, dokuczanki i tak dalej, ale dzieciństwo, z jednej strony, miałam bardzo szczęśliwe, bo wychowałam się w bardzo kochającej rodzinie i ludzie, którzy mnie otaczali byli naprawdę super. Natomiast rzeczywiście od małego wiedziałam, że jest inaczej, rozumiałam to, że jestem inna troszeczkę.


Myślę, że to super, że nie kojarzysz tych początków takich przygnębiających, bo jednak gdy patrzymy na kogoś dorosłego z niepełnosprawnością, to już sobie wymyślamy własną historię w głowie, że ten ktoś na pewno miał kiepsko w dzieciństwie, a nie każda historia musi tak samo wyglądać. Mamy chyba nawet jako dorośli ludzie problem z reagowaniem na niepełnosprawność. U Ciebie ją widać od razu. Czy czujesz, widzisz że wzbudzasz zainteresowanie sobą na ulicy, w miejscach publicznych, których się pojawiasz?
Tak, jak powiedziałam, moje towarzystwo z dzieciństwa przyjęło mnie, może też dlatego, że było pochodzenia mieszanego, bo z jednej strony w domu bawiłam się dużo z dziećmi pełnosprawnymi, ale z kolei gdzieś tam od dzieciaka jeździłam na festiwale dla osób z niepełnosprawnościami i tam z kolei miałam koleżeństwo z niepełnosprawnościami. Tak naprawdę to teraz dopiero jako osoba dorosła czuję bariery, bo gdy byłam dzieckiem i potem nastolatką, to u mnie to wszystko bardzo było takie pomieszane, bo to koleżeństwo zdrowe przyjeżdżało potem na moje koncerty, widziałam jak oni się super integrują z koleżeństwem z innymi niepełnosprawnościami, więc ja nie miałam takiego podziału na zdrowych i chorych.
Może Ty tak naprawdę dawałaś im tę możliwość rozwoju, bycia z Tobą i wchodząc potem w środowisko niepełnosprawnych, to te dzieci inaczej reagowały, bo były bardziej wrażliwe na to mając Ciebie.
Może tak być, dlatego że moja przyjaciółka, która też zresztą ma tutaj działkę, tylko na dole, a z którą znamy się od urodzenia miała taką sytuację, że jej siostra urodziła syna z niepełnosprawnością, ale taką o wiele głębszą jeszcze ode mnie i ona sama przyznała, że przez tą przyjaźń ze mną, ona też na siostrzeńca inaczej zupełnie patrzy i inaczej go postrzega. To moje bliskie towarzystwo, to z którym się bawiłam było jak najbardziej okej, ale to, co całe życie mnie denerwowało, to na przykład, jak byłam nad morzem nieraz, czy jak szłam na spacery, czy nawet do galerii handlowej i widziałam, jak ludzie obcy się jednak oglądają. Mam teraz do tego zupełnie inny dystans niż 20-25 lat temu, bo wtedy to rzeczywiście mnie bolało. Nie wiedziałam, jak się zachować, moja mama bardzo emocjonalnie reagowała. W sumie to mama i siostra nawet dzisiaj potrafią się mocniej zdenerwować, a ja już mam na to, że tak powiem brzydko – wywalone konkretnie.
Ale mówisz, że jak się oglądali, to oglądali się dokładnie na plecy?
Tak, na budowę ciała. Dzieci lub nastolatkowie widzą, że na przykład twarz dorosła, a wzrost tak naprawdę ich. Ja do takich dzieci małych to nie mam w ogóle żalu, bo rozumiem, że to jest coś nowego, dzieci mają prawo nie wiedzieć, co mi jest, ale najgorzej, jak już taka dorastająca młodzież, która powinna już mieć jednak taką kulturkę, albo dorośli. Oni niestety też tak potrafią się zachować.
To chyba wynika trochę z domu i z tego, czy my w ogóle na tego, w cudzysłowie “innego” jesteśmy w ogóle otwarci. Czy my chcemy przyjąć kogoś takiego, jaki jest. Jejku, no dobra, ty się urodziłeś zdrowy, masz szczęście, ale ile jest jednak takich ludzi, co nie mieli tego szczęścia. Twoja mama zdecydowała, że jesteś. Przyjęła Cię po prostu i to jest niesamowite szczęście i jej determinacja. Aniu, mówiłaś, że miałaś indywidualne nauczanie. Do kiedy ono trwało?
Do matury. Nauczyciele przychodzili do mnie, bo ja nawet egzamin maturalny pisałam w domu.
Czyli jak my się poznałyśmy na studiach, to było Twoje pierwsze zderzenie i wejście w środowisko z ludźmi, w sensie to społeczne, naukowe?
Przez całą edukację wiedziałam, że ja chcę zdać maturę i pójść na studia. Jak szłam na studia dziennikarskie, to wiedziałam, że naukowo sobie poradzę, to nie było dla mnie takim stresem. Mówiłam sobie, Boże, żeby chociaż jedna osoba była, z którą gdy jest przerwa to będzie z kim pogadać. Przez całe życie tego nie miałam, bo uczyłam się w domu, a tymczasem okazało się, że było pełno nas i naprawdę uważam, że zostałam super przyjęta przez środowisko akademickie.
Chciałam dziś z Tobą przede wszystkim porozmawiać o rozwoju zawodowym, pracy w kontekście Twojej niepełnosprawności. Widzę to ja i myślę, że sporo innych osób też, że na grupach i portalach ogłoszeniowych szuka się osób niepełnosprawnych, żeby mieć na przykład niższe podatki, wykorzystać pewne ulgi, a jednak na to ogłoszenie przecież odpowiada konkretny człowiek, który ma marzenia, jakieś predyspozycje, zajawki, umiejętności. Ty byłaś na studiach, coś wypracowałaś, czegoś się nauczyłaś, coaching, którym się interesujesz i chcesz to ludziom dać, to jak to się łączy z Twoją niepełnosprawnością, chęcią bycia w życiu publicznym, a tym, jak reagują na to pracodawcy?
Ania po tym pytaniu mocno westchnęła i uniosła oczy do góry. Chciałabym móc nagrać tę reakcję, wiedząc, jak duży to kaliber i ciężar prawdy, szczerości. Zachowuję ten obraz dla siebie w pamięci! Dziękuję!

Wygląda to tak, że ja w tej chwili mam trzy fakultety, skończyłam trzy kierunki studiów i nie mam pracy. Jestem na rencie. Jeszcze wczoraj obdzwaniałam kilku pracodawców. Idąc na studia dziennikarskie, te piętnaście, no siedemnaście już w tej chwili lat, rzeczywiście szłam trochę jako taka dziewczynka zagubiona, bo całe życie miałam to nauczanie indywidualne. Wcześniej były festiwale, śpiewanie. Nie czułam takiego talentu, żeby te artystyczne rzeczy rozwijać na poważnie, żeby mieć z tego dochód. Zadałam sobie w wieku dwudziestu, dwudziestu jeden lat takie pytanie, co ja oprócz tego kręcenia pupcią na scenie umiem robić? No i doszłam do wniosku, że jedyne, co umiem to ładnie budować zdania. No to bęc na dziennikarstwo. Oczywiście wiedziałam, że nie pójdę do dziennikarstwa lokalnego, jak na przykład moja siostra najstarsza ówcześnie pracowała w Gazecie Średzkiej, bo dziennikarstwo lokalne w dużej mierze wiąże się z tym, że trzeba docierać na pewne miejsca.
Wiedziałam, że prawa jazdy na razie nie jestem w stanie zrobić. Chodzenie pieszo jest też wykluczone. No i poszłam na to dziennikarstwo. Później skończyłam pedagogikę ze specjalnością doradztwo zawodowe i edukacyjne. W międzyczasie z ramienia Urzędu Pracy udało mi się nas załapać na staże w bibliotece. Pracują tam super kobietki, z którymi do dzisiaj mamy kontakt ze sobą. Stwierdziłam jednak że najwygodniejsza będzie dla mnie praca zdalna. Idąc na studia dziennikarskie, nie do końca wiedziałam, jakie są moje mocne i słabe strony. Dzisiaj mam świadomość, w czym jestem dobra, w jakich obszarach mogłabym pracować, ale niestety cały czas tej pracy nie mam. Z jednej strony gdzieś, dobra byłaby praca zdalna, redagowanie treści, coaching, ale z drugiej strony, nie będę ukrywać, że marzyłoby mi się to pół etatu, żeby wychodzić gdzieś z domu…
I być z ludźmi, prawda?
Tak, być z tymi ludźmi. Ja pamiętam, że jak miałam staże różne i mimo tego, że były one z zakresu administracji biurowej, które nie do końca były spójne z moimi kompetencjami to samo to, że wstawałam, wiedziałam, że muszę się ubrać, uszykować, włosy zrobić. Zupełnie ten rytm dnia, apetyt, to wszystko inaczej funkcjonuje niż takie siedzenie w domu.
W tej chwili jestem osobą, która siedzi w domu, bo nie ma tej pracy, cały czas jej poszukuję. Widzę, jak bardzo mnie to dobija, jak ten rytm dnia staje się taki flakowaty jednak.
Zgłosiłam się do Ciebie też na coaching, gdy szukałaś osób w ramach praktyki, to wtedy mówiłaś, że akurat straciłaś pracę.
Niestety kilka razy traciłam pracę, bo moja firma finansowo upadała albo na przykład tak, jak ostatnio to pracodawca stwierdził, że oni się jednak przebranżawiają i nie szukają nikogo takiego, jak ja na ten moment, więc szkoda im wykładać pieniędze na to stanowisko.
Odejdę na chwilkę od tematu pracy skoro zagaiłaś o swoje mocne i słabe strony. Jak jest z Twoją akceptacją siebie? Wcześniej rozmawiałyśmy o dzieciństwie i tym, że wychowałaś się w środowisku wspierającym Cię taką, jaką jesteś, że Twoja niepełnosprawność nie była mocno wytykana, ale co się działo w Twojej głowie? Czy było Ci to łatwo przyjąć, czy to był proces, który trwał, trwa, bo skoro dzisiaj znasz swoje mocne i słabe strony to podejrzewam, że to musiało gdzieś pójść jakąś drogą i być procesem.
Miałam okresy, gdzie nie do końca akceptowałam to, że jestem inna. Pochodzę z domu, w którym otoczono mnie opieką, troską i mam do dzisiaj świetny kontakt z rodziną. Nie dalej, jak wczoraj rozmawiałam z bratem na ten temat, że ja dzisiaj z jednej strony akceptuję swoje ciało i to jaka jestem, na jakim etapie w życiu, ale z drugiej strony, mając 36 lat czuję się taka trochę zakompleksiona, jak w rozmowie z moimi pełnosprawnymi rówieśniczkami, które mają dzieci, te wszystkie dzieciowe sprawy, kredyty, płatności, 800 plus i oni gadają o tym, jak na porządku dziennym, a ja powiem tobie szczerze, jestem obecnie kobietą niepracującą, oczywiście poszukującą pracy, wykształconą, ale nie mam pojęcia o płaceniu kredytów, o płaceniu rachunków, nie robię jakichś gruntownych porządków. Nie mam pojęcia o tym, jakie są fajne środki do mycia okien, jakie są fajne promocje na zakupach, bo zakupów nie robię na ten moment, bo robi je siostra i ja rzeczywiście przyłapuję się na tym, że spotykając pełnosprawną rówieśniczkę, myślę, czy znajdę taki wspólny mianownik do rozmowy z nią.
Z jednej strony gdzieś intelektualnie czuję to swoje 36 lat i doświadczenie, które mam za sobą, ale jednocześnie wiem, że jestem na innym etapie w życiu niż moi rówieśnicy i to powoduje, że boję się, czy oni nie będą mnie mieli za takiego dzieciucha, bo nie mam pojęcia o pewnych problemach, bo się z nimi w ogóle nie stykam.
Nastąpiła tu spora pauza i cisza. Oczy mi się zaszkliły.


Zatkało mnie Aniu, ale zatkało mnie tak pozytywnie oczywiście, bo my możemy żyjąc swoim życiem nie zdawać sobie sprawy, co ktoś myśli patrząc na nasze życie i to, co mi się wydaje zwyczajne, to jest to, o czym ktoś może marzyć choćby w jakimś procenciku, żeby tego doświadczyć, żeby to był kawałek jego życia. My w ogóle nie doceniamy, zdrowia, dzieci, czy tych dziadowskich kredytów, wszystkiego, co jest związane ze zwyczajnym życiem. Część rzeczy bym oddała, byleby nie nieść tego ciężaru, a gdy słyszę od Ciebie, że czegoś nie wiesz, na jakiś temat i Cię to dotyka to dajesz mi olbrzymią lekcję pokory, wdzięczności. Cały ten cykl rozmów, który do mnie naturalnie przyszedł, jest po to, żeby pokazać normalnych ludzi, normalne kobiety, które nie zdają sobie sprawy, jak wiele robią, jak ich droga może być dla innych inspirująca, mimo że jest na pozór totalnie zwyczajna. Mam cichą nadzieję, że ludziom się zaszklą oczy, że coś poczują w sercu, bo jako świat jesteśmy chyba w takim etapie, że mamy znieczulicę na drugiego człowieka, znieczulicę na to, że nam się nie chce słuchać, nie chce nam się spotykać. Jest chyba taki etap bierności działania, że ludziom się nie chce angażować, uczestniczyć. Scrollowanie, siedzenie w internecie, daje namiastkę komunikacji, bo daliśmy komuś emotkę, napisaliśmy jakiś komentarz, dla mnie to jest po części puste i mam opór przed tworzeniem relacji w internecie. Narzędzia online są super do zapoczątkowania kontaktu, żebyśmy tak, jak my na przykład odnowiły w ogóle komunikację i mogły się spotkać, ale nie jestem w stanie wyobrazić sobie tylko rozmów przez ekran. Przepraszam za długą dygresję, szłam myślami do tego, by dopytać Cię o Twoje mocne strony, kompetencje. Opowiesz mi? Nie wiemy, kto przeczyta ten wywiad, do kogo dotrze Twoja historia i być może po drugiej stronie ekranu siedzi Twój przyszły pracodawca albo osoba, która dojrzy w Tobie potencjał do swojego zespołu.
Wiesz co, tylko pozwolę sobie nawiązać do czegoś, bo nie chciałam tobie wchodzić w zdanie, tak super mówiłaś. Odniosę się do tego, co mówiłaś właśnie o tej znieczulicy internetowej. Zawsze mówię tak, że ja Bogu dziękuję za to, że jestem jeszcze z tych ostatnich pokoleń, które pamiętają dorastanie i życie bez internetu i sama, nie będę ukrywać, dużo scrolluję, bo dużo scrolluję, jest tam moje okno na świat, ale też z biegiem lat zaczęłam się dystansować względem tego internetu, bo właśnie z kierowniczką biblioteki, w której miałam staż, rozmawialiśmy na ten temat, że też wpadłam w taką pułapkę, że scrollowałam media społecznościowe, widziałam swoich znajomych, osoby znane, które obserwuję i myślałam sobie, ojejka, oni mają takie wspaniałe życie, jestem taka beznadziejna, a dopiero potem zdałam sobie sprawę, że to, co tak naprawdę większość osób publikuje w sieci, to jest skrawek i to życie wcale tak nie wygląda, jak to jest na tych profilach.
Trzeba tę gorzką prawdę przyjąć mimo tego, ile tych treści jest, ale ja wciąż czekam na Twoje mocne strony. Nie ma co narzekać na social media. Bądź swoich coachem Ania!
To byłaby moja najgorsza klientka… Wiesz co, to co mnie w życiu kręci i wiem, że to umiem robić i przychodzi mi lekko, to jest budowanie zdań ze słów. Lubię robić to zarówno w formie pisemnej, jak i w formie ustnej. Lubię kontakt z drugim człowiekiem, dlatego też ten coaching mi się tak spodobał, bo to nie jest taka psychologia kliniczna, która jest ciężka, bo takiej bym się ze względu na swoje problemy po drodze nie podjęła. Coaching to taka umiejętność, możliwość spowodowania, że dzięki mojemu pośrednictwu, ale nie żebym chciała sobie jakieś zasługi specjalne dokładać, ta druga osoba może coś w sobie odkryć. Bardzo lubię rozmawiać z ludźmi. Mimo tego, że też bardzo cenię sobie takie momenty, w których mogę być sama ze sobą i czytać książkę, czy oglądać jakieś ulubione seriale.
Mam też umiejętności artystyczne i od sześciu lat należę do takiej rewelacyjnej grupy teatralnej z Poznania, gdzie mamy za sobą trzy, bądź cztery spektakle. Oprócz tego, że znalazłam tam swoje miejsce artystycznie, to też przede wszystkim od tej strony ludzkiej się tam spełniam. W tej grupie jesteśmy dla siebie, jak taka druga rodzina.
Ale to są jakaś grupa łącząca osoby niepełnosprawne z pełnosprawnymi, czy zupełnie coś innego?
Ja jestem tam jedyną osobą z niepełnosprawnością, ale powiem szczerze, że to jest też rewelacyjna historia… Jak przyszła pandemia to się pokończyły festiwale i siedziałam w domu i tak marzyło mi się gdzieś po prostu należeć, coś robić ze sobą. Mojej siostrze, Magdzie, którą poznałaś, na Facebooku wyskoczyło, że są zajęcia dla seniorów, weszłam w tę stronkę i się okazało, że kobietka robi zajęcia dla różnych grup ludzi. Zadzwoniłam do niej, bo były namiary kontaktowe i powiedziałam jej, jaka jest sytuacja, jaką mam niepełnosprawność, bo jednak teatr gdzieś tam mi się kojarzy z ruchem, a ja mimo tego, że zawsze lubiłam się ruszać to wiedziałam, że mam swoje ograniczenia i to nie jest teatr nastawiony na osoby z niepełnosprawnością. Zapytałam panią, czy mogę spróbować, a ona powiedziała, że jak najbardziej. To był ten słynny 2020 rok i gdy poszłam to była krótka rozmowa: “ty znasz swoje ograniczenia, tak? Wiesz, co ci wolno, co nie. Przyjedź, zobacz, razem to ogarniemy. Jak ty będziesz wiedziała, że coś jest ponad twoje siły, to nie będziesz czegoś robić i tyle”. Od razu nam kliknęło i do dzisiaj super są te relacje. Oni mnie przyjęli, taką jaka jestem, mimo tej niepełnosprawności. Na razie jestem jedyną osobą z niepełnosprawnością w tej grupie, ale gdyby dołączyła inna, uważam, że też to by było super.
Wzrusza mnie do dzisiaj, jak oni mnie przyjęli, że gdy trafiłam tam, to ruchowo byłam lepsza, bo od bieżącego roku mam utrudnione chodzenie, pogorszyło mi się niestety. Jestem po wizycie u neurologa, będę na jesień rozpoczynać rehabilitację i robić ćwiczenia, żeby tą nogę, te zdolności ruchowe, jak najbardziej zatrzymać, chociaż na takim etapie, jak jest teraz, żeby to nie poszło dalej.
Gdy zaczęłam mieć te poważniejsze problemy zdrowotne, to ja zapytałam wprost na osobności naszą prowadzącą warsztaty, Jowita, słuchaj, jeżeli ty mi powiesz, że ta moja obecność gdzieś przeszkadza, że nie jesteś już w stanie się odnaleźć ze mną na tych warsztatach, że te role odpowiadają komuś innemu to zrozumiem. Ona powiedziała, Ania, słuchaj, absolutnie nie. My sobie nie wyobrażamy tych warsztatów bez ciebie. My po prostu będziemy teraz tworzyć warsztaty i spektakl w taki sposób, żeby ten twój obecny stan zdrowia nie przeszkadzał w tym, żebyś mogła w nim uczestniczyć. Więc dużo zależy od nastawienia drugiego człowieka i od tego, jakie on ma kompetencje w prowadzeniu.
Bycie liderem to trudna sztuka, o której przekonałam się prowadząc mentoring dla fotografek. Zobaczyłam, że to liderstwo, czy bycie dla kogoś mentorem, to często jest po prostu doprowadzenie do sytuacji, gdzie ta osoba zyska swoją sprawczość i będzie podejmowała swoje decyzje. Swoje, nie moje, bo ona nie ma być drugą mną, bo nigdy nie będzie, tylko żeby doszła do tego momentu, gdzie wykorzystamy jej zasoby i pomogę jej się wzmocnić, że wykorzysta i siebie zauważy jako potencjał. Widzę, więc tutaj ogromny dar osoby prowadzącej ten teatr, że ona nie sprawiła, że to nie Ty miałaś dorównać tempu tych najwyższych, najlepszych, nie wiem, kogoś, kto super działa i ma zapędy, tylko że cała grupa przyjęła Twoje tempo, żeby to Tobie pomóc się rozwijać. Nie potraktowali Cię jako słabszego ogniwa, tylko dzięki Tobie podejrzewam, oni zyskali dużo wrażliwości i na pewno same spektakle zupełnie inaczej wyglądały niż może planowali, niż było w pierwotnym założeniu.
Myślę, że tak. Bardzo bym chciała, żeby to wybrzmiało, ten ich stosunek do mnie, dlatego że spotkałam różnych ludzi na swojej drodze, gdzie ta niepełnosprawność była traktowana z pobłażliwością. Mówili, no Ania, fajna jesteś, ale… A tutaj właśnie tego “ale” w ogóle nie ma i to jest naprawdę super. Doceniam, że jest to grupa dla osób zdrowych, bo tak jak powiedziałam, gdyby to było zrzeszenie osób z niepełnosprawnością to wtedy można powiedzieć, że to byłby ich jakiś moralny obowiązek, żeby akceptować moje ograniczenie, z tym co mam, ale ponieważ to jest grupa zdrowa to mogliby powiedzieć, hej, no Ania, no dobra, my tu żyjemy swoim trybem, jak ty zipiesz ledwo, no to nie dogonisz nas, no trudno, to pożegnajmy się. Tak nie było. Usłyszałam, że zmienią plany pod mnie i wiem, że to nie był ich obowiązek, oni nie musieli tego robić, a zrobili to. Chcę to naprawdę oficjalnie docenić.
Gdy pytasz mnie o te moje mocne strony to tak jak powiedziałam, redagowanie treści, te artystyczne rzeczy, sprawy społeczne, gdzie mogę siebie dać drugiemu człowiekowi, jak WOŚP, Szlachetna Paczka, w której działam w roli wolontariuszki, w roli rekruterki. Bardzo mnie Szlachetna Paczka rozwinęła i nie jest to tylko temat pomagania rodzinom, ale też pokazała mi na rynku pracy, takie rzeczy, jak mój charakter, sposób bycia, co pod względem moich kompetencji jest moją mocną i słabą stroną. Fundacje, jakieś stowarzyszenia, gdzie mogę działać na rzecz drugiego człowieka, to jest super, a też mam taką ostatnią zajawkę i choć mam świadomość, wiem jak wyglądam i nie mam na to papieru, ale to jest chyba właśnie dowód tej samoakceptacji swojego ciała to są sesje, różne takie fotograficzne, czy to świąteczne, czy to jakieś inne, klimatyczne, nie boję się już stawać przed obiektywem, nawet wyglądając tak, jak wyglądam. Wiem, że na zawodową modelkę papierów nie mam, ale podoba mi się to.
Dobrze, że nie lubię modelek… Ja sobie z nimi nie radzę, nie radzę sobie z idealnymi ludźmi.
Aha, ok, no to super, to cieszę się, że się spotkałyśmy.


Z tymi sesjami było tak, że poszłaś na jakąś i ona Cię przekonała, czy najpierw zaakceptowałaś siebie i potem poszłaś? Jak zaczynałam robić sesje kobiece, to nie wiedziałam, co mam z tymi dziewczynami robić. Widziałam, że one ładnie wyglądają, że przychodzą w pięknej bieliźnie, w jakichś super stylówkach, ale czułam intuicyjnie, że pod tą kopułą, powierzchnią tego wyglądu jest jakaś tykająca bomba, której się boję, bo miałam swoje problemy, uprzedzenia. Byłam po urodzeniu dwójki dzieci i nawet nie ruszałam swoich emocji, a co dopiero nie mając kontaktu ze swoimi emocjami, rzucać się na opiekowanie drugiej wrażliwej kobiety. Gdy spróbowałam robić sesje kobiece do portfolio w 2018 roku to powiedziałam, że nigdy tego nie będę robić, bo to jest za ciężki kaliber tego, co kobiety przynoszą, po jakich doświadczeniach są. Dopiero jak ze sobą się zintegrowałam w pewnym momencie i zrozumiałam, o co mi chodzi, co jest pod pozorami uśmiechu to zaczęłam na początku sesji pytać, dlaczego się ktoś zdecydował na sesję, dlaczego przyszedł teraz. Miałam takie doświadczenie, że jeżeli ta trudna rzecz wybuchała w środku sesji, to to wszystko, co ja wypracowałam przez 45 minut, kiedy ktoś się otwarł – pękało, czar pryskał w momencie, w którym mogłam robić najlepsze kadry, więc jak teraz zaczynam od początku pytać, po co ta sesja i dlaczego, to ja już mam mniej więcej zarys sytuacji, w jakim momencie życia jest ta osoba, czy się rozczarowała innymi, sobą, czy akceptuje siebie, czy to wynika z tego, że coś chce facetowi udowodnić, światu, koleżance. Widzę, że te sesje pomagają dziewczynom przez to, że są bez Photoshopa, bez pozowania, w końcu powolutku siebie akceptują takimi, jakimi są, bo widzą swoje różne twarze. Czy u Ciebie pójście na sesję wiązało się z tym, że już siebie akceptowałaś, czy na przykład poszłaś na sesję i fajnie było siebie zobaczyć w czyimś spojrzeniu, które było życzliwe, nie krytykowało Cię tak jak Twoja głowa i nie mówiło Ci tak, jak Twoje lustro, które jest w łazience, tylko, że zobaczyłaś czyimś oczami siebie i swoją inną stronę?
U mnie to się zaczęło tak, że jak dobijałam do trzydziestki, to rzeczywiście włączył mi się tryb takiej totalnej akceptacji swojego ciała – jestem, jaka jestem. Generalnie całe życie ludzie mi mówili, że dobrze wychodzę na zdjęciach, że jestem fotogeniczna. Najpierw poszłam na sesję świąteczną, bo mi się przez całe życie marzyły, ponieważ jestem zakręcona na punkcie świąt Bożego Narodzenia. Jestem świątecznym człowiekiem.
Nawet masz jesienią czerwone paznokcie.
wywiad przeprowadziłam na początku września 2026
Tak, nawet jesienią mam czerwone paznokcie. Moja siostra podesłała mi post fotografki z okolic Środy Wielkopolskiej, która robi sesje świąteczne ze scenkami przepięknymi, bo naprawdę, Pani Ania, ma przepiękne te scenki. Mój chrześniak był jeszcze mały i też lubił Święta, teraz jako nastolatek już trochę mniej. Poszliśmy wtedy rodzinnie z chrześniakiem na sesję świąteczną i jak zobaczyłam efekty tej sesji, przepadłam.
Najpierw to była kwestia takich stricte sesji świątecznych, bo to nie tylko właśnie obcowanie z tą scenografią, ale to był taki mój czas przedświąteczny z chrześniakiem, który dopisywał się do księgi wspomnień, tej relacji. Wspominamy go do dziś. Po tych sesjach świątecznych zaczęłam tę fotografkę obserwować na Facebooku i Instagramie i zobaczyłam, że robi inne zdjęcia. Kobiece. Któregoś dnia zobaczyłam, że te zdjęcia kobiece robi w studio, gdzie ma łóżko z baldachimem, okna, w kamienicy naprawdę bardzo estetycznej, z zasłonkami różnymi, i tak dalej.
Podpatrywałam, co ona oferuje i wzięłam udział w konkursie facebookowym, w którym każdy, kto brał udział miał na wszystkie sesje zniżkę do końca września. Chodziło mi po głowie, żeby tej sesji kobiecej spróbować, ale jednocześnie myślałam, co sobie ludzie pomyślą. Potem rozmawiałam z rodziną, z siostrami i nikt z mojej rodziny nigdy nie dał mi takiego komunikatu, Ania, w ogóle weź odpuść. Oni wręcz właśnie przekonywali, że jak mam ochotę, to idź. Przez całe życie jeszcze wypominają mi, że jako dziewczynka miałam jedno zdjęcie na toalecie tutaj, jak siedzę taka roześmiana i w ogóle. Mówili mi, ty nawet na kiblu całe życie ładnie wychodziłaś, to co się tu będziesz w ogóle w ogóle cackać? Napisałam do pani Ani i poprosiłam ją o opinię. Ona powiedziała, że jak najbardziej, miałam jedynie obawy, co ze strojem. Ona mówiła, że jakieś stroje ma, ale że jak mam swój i będę się swobodniej, lepiej w nim czuła, to mam zabrać. Stwierdziłam, że jednak wolę swoje ciuchy, bo rozmiar mam swój, dopasowany i pojechałam na tę sesję.
Było mega, no mega. To nawet nie chodziło o same zdjęcia, które gdy przychodzą to człowiek myśli sobie, o jestem piękna. Samo bycie na tej sesji, to pozowanie przed obiektywem, te stroje, te scenografie. Strasznie mi się to spodobało.
A może to u Ciebie ma też związek z tą stroną artystyczną i teatralną?
Może tak, może tak.
Bo ja jestem zupełnie kimś innym i nie umiem ludzi pozować, przebierać. Mogę komuś porobić zdjęcia w ładnych rzeczach, pięknym miejscu, ale potem jednak ciągnie mnie do prawdy, zwykłości, inności, tego, co tego konkretnego człowieka odróżnia od całej reszty. Doceniam totalnie te scenki, to że ktoś to artystycznie widzi, że on to zrobi, że pozbiera te rzeczy, a dwa, że też potrafi z tej natury kogoś wykreować. Mam szacunek ogromny do fotografek, które są artystkami kreacyjnymi, bo ja jestem bardziej reportażystą i działam na tym, co dostałam i nie chcę tego poprawić. Super, że mamy wachlarz osób, z których umiejętności możemy korzystać i jeżeli Tobie to odpowiada, to super, tym bardziej, jak może Ci to poprawić samopoczucie albo w ogóle być dla Ciebie dobrą zabawą, samo doświadczenie.
To doświadczenie jest niesamowite. Teraz też się zapisałam na sesję z kolei jesienną, bo się zgadałam z panią Anią pod koniec września, w parku przy pałacyku i mega się tym ekscytuję. I wiesz co? Właśnie nawiązując do tego, co mówiłam wcześniej o tych etapach w życiu, relacji z moimi rówieśniczkami, to zobacz. One mają dzieci, kredyty, płatności i tak dalej i rodziny, i te wszystkie zakupy, a ja jestem taką dziewczyną, która jest na rencie, szuka pracy, chodzi sobie na sesje, czyta książkę i teraz, co? Mam te blokady w głowie, bo z jednej strony, cieszę się tymi sesjami, czekam na tą sesję, która mnie niebawem czeka, ale z drugiej strony, jak przyjdą te zdjęcia, nawet je opublikuję na Facebooku i myślę sobie ok, czy taka na przykład iksińska, która otworzy to zdjęcie, pomyśli sobie, no tak, ja tutaj z dzieckiem, przy cycu, nie wiem, co do garnka najpierw włożyć, a ta jeździ na sesję, pozuje sobie i w ogóle nie wie, co to jest prawdziwe życie. Też boję się takiej oceny, że taka kobieta w moim wieku może mnie tak ocenić, ale z drugiej strony, co ja mogę? Tak mi się życie ułożyło.
Nie założyłam rodziny, nie mam pracy, chociaż bardzo bym pewne rzeczy chciała. Nie wiem, czy się nadaję na posiadanie rodziny, ale na pewno chciałabym mieć pracę, chciałabym mieć większą niezależność pod względem mieszkania, czy finansów chociażby, ale jestem na takim etapie życia, jakim jestem, nie zmienię tego. Czy mam się zamknąć w domu, przestać się odzywać do ludzi, bo nie mam pracy, bo nie wiem, co to są kredyty, bo nie wiem, jak pranie zrobić, nie wiem, jakich detergentów do mycia okien używać…

Niestety jako ludzie zaczęliśmy wartość człowieka określać z pewnymi widocznymi umiejętnościami, z karierą. Miałam taki etap, że ja siebie bardzo mocno wiązałam z tożsamością swojej marki i gdy szło mi gorzej, to myślałam, że ja jako człowiek jestem po prostu słaba, bo skoro mi teraz idzie gorzej w zarabianiu, to jestem po prostu to d… Musiałam mocno zmienić swoje myślenie i nie oceniać się przez pryzmat osiągnięć, wyników, bo to, że na przykład dzisiaj nie zabukowałam sesji, czegoś nie zrobiłam, to przecież nie świadczy o mojej wartości. Nie ma też znaczenia, czy znamy wszystkie promocje w Action, Pepco i interesujemy się viralowymi kosmetykami. Ja się nie interesuję. U nas to mój mąż proszki kupuje, ja je wlewam, wsypuję, używam, co stoi koło tej pralki. Każde życie ma wartość i to jakim ty jedziesz autem, czy masz prawo jazdy, czy używasz konkretnych środków, czy masz kredyt, czy nie masz kredytu to każdy ma jakiś swój proces do przejścia, drogę i jakąś rolę do odegrania w życiu bliskich ludzi, w rodzinie, której się pojawił.
Ja po prostu mam takie podejście, że staram się wycisnąć, jak cytrynę ten moment życia, w którym jestem i akceptuję, że nie mogę przeskoczyć pewnych rzeczy. Może gdybym miała pracę, wtedy lepiej bym wszystko ogarniała, miałabym lepsze finanse, to może bym na więcej rzeczy sobie mogła pozwolić, ale jeżeli nie mam tych finansów, no to nie przeskoczę tego i mam umiejętności życia codziennego, potrafię zrobić jakieś proste dania. W domu mamy Thermomix, więc tam głównie gotuję. W ostatnich latach bardzo się rozwinęłam, jeżeli chodzi o takie podstawowe porządki w domu, utrzymywanie czystości. Z takimi gruntownymi porządkami typu okna mam problem, ale to się też wiąże z moją niepełnosprawnością. Siostra poszła do pracy kolejnej, a moja mama w tej chwili jest też osobą, która potrzebuje pomocy w codziennych czynnościach i w momencie, w którym siostra idzie na popołudniową zmianę to automatycznie pewne rzeczy przeszły na mnie. Myję naczynia, robię podstawowe odkurzanie, śniadania, kolacje, kawy, herbaty, dbam o to, żeby mamie podać leki, zakropić oczy, także to nie jest tak, że ja tylko siedzę i pachnę, absolutnie.
A jakbyśmy wróciły do pracodawców i pracy, to czy Ty odczuwasz, gdy wysyłasz CV, że niepełnosprawność przeszkadza Ci w dostaniu pracy? Firmy dostają CV z zakresem kompetencji, Twoimi umiejętnościami, doświadczeniem, przychodzi co do czego i jest możliwość rozmowy, dochodzi do spotkania i… czy niepełnosprawność ma znaczenie?
Troszkę niestety tak. Czuję tą barierę. Ja nie mówię, że jestem chodzącym ideałem, bo moje CV było ileś razy gdzieś tam poprawiane, bo nie do końca odpowiadało obecnym standardom. Wiadomo, że dzisiaj jest duże zapotrzebowanie, jest dużo ofert, dużo osób szuka pracy, mam świadomość, że ja nie jestem jedyna i też osoby pełnosprawne szukają, ale tak jak mówisz, czasami czuję to takie ale… Jesteś fajna, ale… A wiesz, ja w tym wieku na pewno nie będę robiła za przeproszeniem z siebie idiotki, żeby aplikować na stanowiska, w których wiem, że moja niepełnosprawność stanowiłaby realną barierę, czyli np. na stanowisko, które gdzieś fizycznie oczekiwałoby umiejętności, no nie. Na pewno bym czegoś takiego nie zrobiła.


Ten cykl i rozmowy, staram się kończyć tak samo i proszę żebyś dokończyła po swojemu, co Ci przyjdzie w kontekście tego, o czym rozmawiałyśmy, zdanie… Mimo wszystko…
Mimo wszystko miej pasję, żyj po swojemu, staraj się żyć po swojemu, kochaj ludzi i miej nadzieję.
Pięknie. Czy chciałabyś coś jeszcze dodać? Może coś nie wybrzmiało, o coś nie zapytałam? Co chciałabyś przekazać światu przy tej okazji?
Wiesz co, tak naprawdę wydaje mi się, że nie chcę tutaj doradzać, bo uważam, że każdy człowiek, czy to pełnosprawny, czy z niepełnosprawnością, to jest jednak osobna historia i nie ma jednej recepty na każdego człowieka. Każdy powinien znaleźć swoją własną receptę, bo każdy z nas musi przejść zupełnie inną drogę w życiu. Uczę się tego, co mi idzie bardzo opornie, nie porównywać się do innych, więc nie porównujmy się, tylko odnajdźmy piękno w tym życiu, w takim momencie, w jakim jesteśmy. Bo są rzeczy, na które niestety nie mamy wpływu, mimo tego, że strasznie nas to frustruje. Ważne jest to, żebyśmy byli dla siebie tolerancyjni, życzliwi, żebyśmy potrafili się szanować. To są jedne z moich głównych wartości w życiu.
Dziękuję za rozmowę.
Ofertę coachingu z Anią Dydymską znajdziesz tutaj.
JEŚLI UWAŻASZ, ŻE TE ROZMOWY SĄ WARTOŚCIOWE MOŻESZ WESPRZEĆ MNIE POPRZEZ PATRONITE.
