Zdjęcia powstawały po prostu w trakcie dnia. Karmienie piersią na sofie, ciało mamy ułożone wygodnie, dwuletnia dziewczynka wtulona, spokojna. W tym samym czasie czytanie książki, przewracanie stron, palce śledzące obrazki. Nic nadzwyczajnego, a jednak wszystko ważne.
Potem przyszło lepienie ceramiki. Małe dłonie zanurzone w glinie, skupienie, brudne palce, ślady na ubraniach. Mama obok, obecna, cierpliwa. To był ten moment wspólnego bycia, kiedy nie trzeba się spieszyć ani niczego przyspieszać. Gdy praca jest zabawą, a zabawa rozmową bez słów.
Po ceramice było pożegnanie z tatą, który wychodził do pracy. Krótkie, czułe, zwyczajne. Drzwi się zamknęły, dzień potoczył się dalej. Mama z córką poszły się bawić domkiem, a po chwili znów wróciła pierś. Bez planu, bez zastanawiania się, czy to już, czy jeszcze. Po prostu odpowiedź na potrzebę.
Wszystko działo się pośród życia. Obok stał odkurzacz. W tle była otwarta garderoba pełna rzeczy, ubrań, codzienności, śladów normalnego dnia. Nic nie zostało uprzątnięte specjalnie na potrzeby zdjęć. Przestrzeń była taka, jaka jest naprawdę.
Te kadry nie opowiadają o wyjątkowym wydarzeniu. Opowiadają o relacji. O bliskości, która wplata się w zwykłe czynności. O karmieniu, które jest częścią dnia, tak samo jak czytanie, lepienie, pożegnania i zabawa. O domu, który żyje, nie pozując. I o miłości, która nie potrzebuje scenografii.
