Mimo wszystko #2 Agnieszka

Chciałabym, żebyśmy zaczęły od Twoich początków – od bloga, pracy w korporacji, pierwszych współprac na Instagramie, aż do miejsca, w którym jesteś dzisiaj – mamy piątki dzieci. Dzisiaj wiele kobiet marzy o wielkim życiu, karierze i sukcesie. Często sukces mierzy się stanowiskiem, wynikami czy tym, co można pokazać światu. A przecież istnieje też inna droga. Cicha, niepozorna, często niewidoczna dla innych, a jednocześnie mająca ogromną wartość. To droga codziennego bycia dla drugiego człowieka.

Już jako mała dziewczynka nosiłam w sercu marzenie o dużej rodzinie. Nie potrafię tego do końca wyjaśnić, ale czułam, że jest w tym coś niezwykle pięknego. Fascynowała mnie myśl, że rodzina nie kończy się na kilku latach wspólnego dzieciństwa. Dzieci dorastają, zakładają własne domy, pojawiają się wnuki, kolejne historie i wspomnienia. To tak, jakby miłość nieustannie się pomnażała i rozrastała. Bardzo wzrusza mnie myśl, że kiedyś przy jednym stole usiądzie tak wiele bliskich mi osób. Że zawsze będzie do kogo zadzwonić, kogo odwiedzić, komu pomóc i od kogo otrzymać wsparcie. Dla mnie to właśnie jest prawdziwe bogactwo.

Mam świadomość, że dzieci nie będą małe zawsze. Wiem też, że ten czas mija szybciej, niż nam się wydaje. Dlatego chcę być obok. Chcę patrzeć, jak rosną, wspierać je, przytulać, słuchać ich opowieści i budować z nimi relacje, które zostaną na całe życie. Bo wierzę, że obecność, miłość i czas są najcenniejszym darem, jaki mogę dziś dać moim dzieciom. Nadal jestem związana zawodowo z korporacją i bardzo ciepło wspominam ten etap mojego życia. Miałam ogromne szczęście trafiać na wspaniałych ludzi. Moją przełożoną, która każdą wiadomość o kolejnym dziecku przeżywała razem z nami i szczerze cieszyła się naszym szczęściem. Koleżanki z pracy, które wspierały mnie, kibicowały mi i sprawiały, że do pracy szło się z przyjemnością. To był naprawdę piękny czas. Czas pełen życzliwości, dobrych relacji i ludzi, których do dziś wspominam z ogromną wdzięcznością. Myślę, że nie każdy ma szczęście pracować w miejscu, w którym czuje się tak dobrze i jest otoczony tak serdecznymi osobami. Z drugiej strony mam świadomość, że każda rodzina ma inną sytuację. Nie zawsze można zrezygnować z pracy zawodowej, bo nie każdy mąż jest w stanie samodzielnie utrzymać rodzinę. Żyjemy w takich czasach, że wiele kobiet łączy macierzyństwo z pracą i robi to z ogromnym poświęceniem. Bardzo je za to podziwiam. 

Jednocześnie dziś moje serce jest przede wszystkim tutaj w domu, pośród dziecięcego śmiechu, rozmów przy stole, wspólnych książek, codziennych obowiązków i małych rąk. To właśnie tutaj przeżywam najważniejsze momenty. Tutaj uczę się cierpliwości, wdzięczności i miłości. Tutaj widzę, jak moi synowie i moja córka rosną, rozwijają skrzydła. Od samego początku naszej rodzicielskiej drogi jesteśmy związani z edukacją domową. To wybór, który pozwolił nam budować codzienność opartą na bliskości, wspólnym odkrywaniu świata i relacjach. Dzięki temu mogę być obecna przy małych i wielkich momentach życia moich dzieci, przy pierwszych sukcesach, trudnościach, zachwytach i pytaniach, które pojawiają się każdego dnia. Bardzo cenię sobie to, że nie muszę patrzeć na ich dzieciństwo z boku. Mogę w nim uczestniczyć. Mam świadomość, że dzieciństwo trwa tylko przez moment. Dlatego staram się przeżywać je razem z nimi, bo wierzę, że czas, uwaga i obecność są jednymi z najpiękniejszych darów, jakie możemy ofiarować swoim dzieciom.

Ta nieziemska miłość to Twoja wiara i relacja z Bogiem, prawda? W swoich początkach Instagrama i bloga nie pamiętam, żebyś się od razu tym dzieliła. Teraz jest to bardzo transparentne. W jaki sposób poczułaś powołanie do wielodzietności?

Nie, ja zawsze byłam osobą wierzącą. Po prostu kiedyś mówiłam o tym mniej. Z czasem zaczęłam coraz bardziej dostrzegać, co jest dla mnie naprawdę ważne, więc naturalnie zaczęło pojawiać się to również w tym, czym dzielę się z innymi. Piękne zdjęcia, estetyczne wnętrza, czy ładne przedmioty nadal sprawiają mi przyjemność, ale dziś widzę je raczej jako miły dodatek. Tym, co jest dla mnie najważniejsze, są relacje z Bogiem, z moimi dziećmi i z najbliższymi. Jeśli chodzi o wielodzietność, to zawsze czułam, że chciałabym mieć większą rodzinę. Nigdy nie miałam jednak w głowie konkretnej liczby dzieci. Nie myślałam: „będę miała piątkę”, czy „szóstkę”. Wiedziałam jedynie, że troje dzieci to prawdopodobnie nie będzie mój koniec marzeń. Sama wychowywałam się z rodzeństwem i bardzo lubiłam tę bliskość, świadomość, że zawsze jest obok ktoś, z kim można porozmawiać, pośmiać się, czy dzielić codzienność. A potem rodziły się kolejne dzieci i za każdym razem doświadczyłam czegoś niezwykłego. To nie była zwykła radość z narodzin dziecka. To było poczucie miłości tak ogromnej, że trudno ubrać je w słowa. Jakby serce nagle stawało się większe, niż wydawało się to możliwe. I co ciekawe, nigdy nie było tak, że miłość trzeba było dzielić między dzieci. Wręcz przeciwnie z każdym kolejnym dzieckiem ona się pomnażała. Każde z nich otwierało we mnie nowe pokłady czułości, wdzięczności i zachwytu. Myślę, że właśnie wtedy zaczęłam jeszcze lepiej rozumieć, że prawdziwa miłość nie kończy się wtedy, gdy się nią dzielimy. Ona wtedy rośnie.

Pamiętam, że miałaś taki etap, że się wyciszyłaś trochę z Instagrama i odcięłaś się na jakiś czas. Szukałaś siebie, swoich odpowiedzi, czy bardziej poszłaś w dom?

Tak, bardziej skupiłam się na domu i dzieciach. Skupiłam się na tym czy to, co robię, przybliża mnie do Boga, do mojej rodziny i do dobra. To dla mnie znacznie ważniejszy drogowskaz niż opinie ludzi, które zmieniają się z roku na rok. Coraz bardziej zaczęłam doceniać tę codzienność, która dzieje się tuż obok mnie. Bardzo lubię być z moimi dziećmi. Szczególne miejsce w naszej codzienności zajmują książki. Kocham im czytać i właściwie od zawsze było to jednym z naszych najważniejszych rytuałów. Czytamy codziennie na kanapie, przed snem, w ciągu dnia. Czasami żartuję, że czytam im chyba za dużo, ale potem widzę ich wyobraźnię, słownictwo, ciekawość świata i wiem, że to czas, którego nigdy nie będę żałować.

Kiedyś gdy do Was przyjechałam to było widać, jak Wasz dom się zmienia, jak pewne meble wypierają inne. Stare walczyło z nowym. Tak naprawdę wracaliście, wracałaś do swoich korzeni, do swoich początków. Mogłabyś opowiedzieć coś o kobiecości i o macierzyństwie, bo widziałam wczorajsze pytania na Twoich stories o to, czy nie zatraciłaś siebie w domu z dziećmi.

Myślę, że masz rację. Na początku prowadzenia Instagrama bardzo inspirowałam się tym, co było modne. Wszędzie królował styl skandynawski, jasne wnętrza, biele, szarości i minimalizm. Chyba trochę próbowałam wpasować się w ten obraz, który wtedy podobał się wszystkim. Dzieci uporządkowały moje priorytety i pokazały mi, że szczęście często znajduje się w rzeczach bardzo prostych. Z czasem jednak zaczęłam czuć, że choć te wnętrza są piękne, to nie opowiadają mojej historii. Nie dają mi poczucia domu. W domu, w którym dorastałam, zawsze było dużo drewna, starych mebli i przedmiotów z historią. Były rzeczy, które miały swoją przeszłość, swoje ślady użytkowania i swoją duszę. Dziś coraz bardziej doceniam właśnie takie przedmioty. 

Dla wielu osób stare meble to po prostu stare meble. Ja widzę w nich coś więcej. Widzę rzemiosło, jakość, prawdziwe drewno, którego nie da się pomylić ze sklejką. Widzę piękno niedoskonałości i ten wyjątkowy klimat, którego nie można kupić w sklepie razem z nowym kompletem mebli. Bardzo ważna była też otwartość mojego męża. On również zaczął dostrzegać, że choć modne, szare wnętrza dobrze wyglądają na zdjęciach, to niekoniecznie dają poczucie ciepła i ukojenia. Oboje czuliśmy, że pragniemy domu bardziej przytulnego, spokojnego i prawdziwego. Dlatego zaczęliśmy wracać do tego, co było nam bliskie od zawsze. Powoli, bez rewolucji. Pojawiało się więcej drewna, starych mebli, naturalnych tkanin i rzeczy, które miały swoją historię. I im bardziej zmieniał się nasz dom, tym bardziej czuliśmy, że wracamy do siebie. Dziś myślę, że ta przemiana nie dotyczyła wyłącznie wnętrz. Zmienialiśmy się również my. Coraz mniej zależało nam na tym, by nie podążać za trendami, a coraz bardziej na tym, by żyć w zgodzie z własnymi wartościami. Tworzyć dom, który nie tylko dobrze wygląda, ale przede wszystkim daje poczucie bezpieczeństwa, spokoju i ciepła. Taki, do którego chce się wracać każdego dnia. 

Myślę, że dzisiaj wiele kobiet słyszy, że żeby się odnaleźć, trzeba przede wszystkim szukać siebie. A ja mam trochę inne doświadczenie. Paradoksalnie to właśnie w macierzyństwie najbardziej siebie odnalazłam. Oczywiście, że moje życie wygląda dziś inaczej niż kilkanaście lat temu. Mam mniej czasu tylko dla siebie, rzadziej podejmuję spontaniczne decyzje i wiele rzeczy planuję wokół potrzeb moich dzieci. Ale nigdy nie czułam, że przez to tracę siebie. Wręcz przeciwnie. Dzięki macierzyństwu odkryłam w sobie pokłady cierpliwości, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Tak jak wspominałam wcześniej, każde dziecko uczyło mnie czegoś nowego. Z każdym kolejnym uczyłam się większego spokoju, łagodności, wyrozumiałości i zaufania. Odkryłam też w sobie ogromne pokłady czułości, siły i miłości, których wcześniej po prostu nie znałam. Macierzyństwo bardzo mnie ukształtowało i sprawiło, że stałam się lepszą wersją samej siebie. Myślę też, że kobiecość nie kończy się wtedy, gdy zostajemy mamami. Ona często właśnie wtedy dojrzewa i nabiera głębi. W trosce o innych, w budowaniu domu, w tworzeniu miejsca pełnego bezpieczeństwa, ciepła i miłości. W tych wszystkich małych rzeczach, które z zewnątrz mogą wydawać się zwyczajne, a dla rodziny są fundamentem codzienności.

Jak sobie radzisz z organizacją życia z tak dużą ilością osób w domu?

Myślę, że bardzo pomaga nam to, że od samego początku dzieci są aktywną częścią naszego domowego życia. Wspólnie gotujemy, uczymy się, rozwiązujemy codzienne sprawy i dbamy o nasz dom. Staramy się budować poczucie, że każdy jest ważny i każdy ma swój udział w tworzeniu rodzinnej codzienności. Dzieci mają również swoje małe obowiązki. Uczą się dbać o przestrzeń, w której żyją ścielą łóżka, odkurzają swoje pokoje, wyrzucają papierki, czy odkładają rzeczy na miejsce. Nie przeszkadzają mi rozłożone klocki, budowle z LEGO, czy zamki stworzone z ogromnym zaangażowaniem. Jeśli wiem, że następnego dnia dzieci będą dalej się nimi bawić, nie widzę potrzeby, by wszystko od razu znikało do pudełek. Dzieciństwo rządzi się swoimi prawami.  Najważniejsze jest dla mnie to, aby dzieci uczyły się odpowiedzialności, samodzielności i troski o wspólną przestrzeń. Chcę, żeby wiedziały, że dom nie tworzy się sam i że każdy może dołożyć swoją małą cegiełkę do tego, by żyło się w nim dobrze. Przyznam jednak, że sama bardzo źle czuję się w bałaganie. Nadmiar rzeczy zwyczajnie mnie przytłacza i odbiera mi spokój. Dlatego od lat sukcesywnie pozbywam się tego, czego nie używamy i co nie jest nam potrzebne. Nie nazwałabym tego minimalizmem, bo nie przepadam za tym określeniem. Lubię piękne przedmioty, książki, stare meble i rzeczy z historią. Chodzi mi raczej o świadome otaczanie się tym, co naprawdę kochamy i czego używamy. Lubię, kiedy na półkach jest trochę przestrzeni, kiedy wnętrze może oddychać, a każdy przedmiot ma swoje miejsce. W domu pełnym dzieci jest wystarczająco dużo życia, ruchu i spontaniczności, dlatego zależy mi, aby nasze otoczenie dawało poczucie spokoju i ukojenia. Z wiekiem coraz bardziej przekonuję się, że mniej rzeczy oznacza więcej miejsca na to, co naprawdę ważne – relacje, wspólne chwile i piękną codzienność przeżywaną razem.

Po czwórce chłopców urodziłaś dziewczynkę i możesz ją stroić, kupować sukienki. Jakie wartości chcesz w niej zaszczepić, a jakie w chłopcach?

Szczerze? Czasami wystarczy, że na nią spojrzę i mam łzy w oczach. Patrzę na tę małą dziewczynkę i myślę sobie, jak dobry jest Bóg. Jak hojnie potrafi obdarowywać człowieka. Po czterech cudownych synach otrzymałam jeszcze córkę i do dziś czasem trudno mi w to uwierzyć. Oczywiście cieszę się z tych wszystkich dziewczęcych rzeczy, małych sukienek, sweterków, czy kokardek. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie i sprawia mi dużo radości. Ale wiem też, że to nie one są najważniejsze. Chciałabym, żeby wyrosła na kobietę, która zna swoją wartość i nie musi szukać jej w opinii innych ludzi. Żeby była dobra, pełna czułości, odwagi i wewnętrznej siły. Żeby wiedziała, że prawdziwe piękno zaczyna się w sercu, a nie w lustrze. Dla mnie najważniejsze jest jedno. Chciałabym, żeby wszystkie moje dzieci znały Boga i budowały swoje życie na wierze. Wierzę, że jeśli relacja z Bogiem będzie na pierwszym miejscu, to wiele innych rzeczy znajdzie swoje właściwe miejsce. Łatwiej wtedy odróżnić to, co naprawdę ważne, od tego, co tylko chwilowe. Łatwiej budować dobre relacje, podejmować mądre decyzje i przechodzić przez trudniejsze momenty życia.

Moim synom chciałabym przekazać te same fundamenty. Chciałabym wychować dobrych mężczyzn, odpowiedzialnych, uczciwych, pracowitych i troskliwych. Takich, którzy będą umieli kochać swoje rodziny, dotrzymywać słowa i stawać w obronie tego, co dobre. Mam też ogromną wdzięczność, bo moi synowie mają na co dzień bardzo dobry wzór mężczyzny i ojca. Widzą człowieka, który ciężko pracuje, bierze odpowiedzialność za swoją rodzinę, dotrzymuje słowa i jest obecny w ich życiu. Mój mąż nie uczy ich wyłącznie poprzez rozmowy, ale przede wszystkim własnym przykładem. A dzieci, jak wiadomo, najwięcej uczą się właśnie przez obserwację. Widzę, jak wiele czerpią z czasu spędzanego z tatą, z jego postawy, podejścia do ludzi i codziennych obowiązków. To dla mnie ogromny dar, że mogą dorastać przy ojcu, który pokazuje im, że siła może iść w parze z dobrocią, a prawdziwa męskość wyraża się w odpowiedzialności, pracowitości i trosce o innych. 

Czy wychodzicie, gdzieś czasem z Mężem na randki? Jakieś spotkania w parze? Macie taką możliwość? Czy inaczej dbacie o relację ze sobą na co dzień?

Na ten moment nasze randki najczęściej odbywają się w komplecie😊 Nasza córeczka jest jeszcze bardzo malutka, więc nie czuję gotowości, żeby zostawiać ją na dłużej. I szczerze mówiąc, wcale nam to nie przeszkadza. Bardzo lubimy być razem. Wspólne spacery, wyjazdy, codzienne rozmowy, czy nawet zwykłe zakupy często są dla nas formą spędzania czasu we dwoje i całą rodziną jednocześnie. Mamy poczucie, że najlepsze chwile przeżywamy właśnie z ludźmi, których kochamy najbardziej. Oczywiście wierzę, że dbanie o małżeństwo jest bardzo ważne. Kiedy tylko pojawia się okazja, staramy się znaleźć chwilę tylko dla siebie. Mamy ogromne szczęście, bo zawsze możemy liczyć na pomoc dziadków, którzy z radością spędzają czas z wnukami. Jednocześnie nauczyliśmy się, że bliskość buduje się nie tylko podczas wielkich wyjść, czy romantycznych kolacji. Często tworzą ją zwykłe codzienne momenty rozmowa przy kawie, wspólny spacer, przy kolacji czy kilka minut tylko dla siebie pod koniec dnia.

Czy Ty kiedykolwiek narzekasz? Na brak czasu, sił? Co robisz, kiedy Twoja cierpliwość jest na cienkiej granicy?

Szczerze mówiąc, jestem chyba ostatnią osobą, która lubi narzekać. Oczywiście mam gorsze dni, jestem zmęczona i czasem brakuje mi sił, ale jednocześnie mam w sobie ogromną wdzięczność za życie, które dostałam. Każdego dnia budzę się obok osób, które kocham. Widzę zdrowe dzieci, słyszę ich śmiech i wiem, że to wszystko nie jest czymś oczywistym. Dlatego dużo łatwiej przychodzi mi dziękować niż narzekać. Nie oznacza to jednak, że zawsze jestem cierpliwa i pełna spokoju. Są takie dni, kiedy czuję, że moje nerwy są już na granicy wytrzymałości. Wtedy nauczyłam się jednego nie walczyć ze sobą na siłę. Kiedy czuję, że napięcie jest zbyt duże, po prostu kładę się na kanapie, biorę kilka głębszych oddechów i daję sobie chwilę. Po prostu czekam, aż ten stan minie. Z doświadczenia wiem, że zmęczenie, rozdrażnienie, czy złość są jak fale przychodzą i odchodzą. Czasami wystarczy kilka minut ciszy, kubek kawy. A potem wracam do mojej codzienności. Najczęściej przychodzi któreś z dzieci, przytuli się, opowie coś zabawnego albo zaprosi mnie do wspólnej zabawy i nagle okazuje się, że świat znowu jest na swoim miejscu.

Na koniec każdej rozmowy chcę, by bohaterka wywiadu dokończyła w zgodzie ze sobą i intuicją zdanie. Mimo wszystko…

Mimo wszystko warto zaufać. Nawet wtedy, gdy nie rozumiemy, dlaczego pewne rzeczy dzieją się właśnie tak, a nie inaczej. Życie nie zawsze układa się według naszych planów, ale z perspektywy czasu często okazuje się, że to, co wydawało się trudne lub niezrozumiałe, miało swój sens. Warto kochać, budować rodzinę i być blisko ludzi, których otrzymaliśmy pod opiekę. To właśnie relacje, wspólnie spędzony czas i codzienna obecność stają się z biegiem lat najcenniejszymi rzeczami, jakie posiadamy. A kiedy brakuje odpowiedzi, warto sięgać do Pisma Świętego. Im jestem starsza, tym bardziej przekonuję się, że znajdę tam więcej życiowej mądrości, pokoju i prawdy niż w wielu współczesnych poradnikach. To właśnie tam odnajduję drogowskazy, gdy nie wiem, którą drogę wybrać, pocieszenie, gdy jest trudno, i przypomnienie o tym, co naprawdę ma znaczenie. Dlatego mimo wszystko warto zaufać Bogu. Nawet jeśli nie od razu widzimy Jego plan.

Dziękuję Ci Aga za poświęcony czas, kawę, rozmowy, których tu nie umieściłam, bo były tylko nasze. Podziwiam Cię za Twoją pracę, odkrycie swojej drogi macierzyństwa i ogrom pozytywnego podejścia do życia mimo wysiłku, który codziennie podejmujesz.

Tworzę ten cykl z potrzeby pokazywania prawdziwych dróg kobiet. Jeśli czujesz, że to ma sens możesz dołożyć do niego swoją wirtualną kawę. Możesz być częścią tego projektu. Dziękuję.

Cześć, jestem Marta!

Jestem fotografką i mentorką. Zatrzymuję ciszę, codzienność i bliskość – tak, jak są naprawdę. Uczę też innych, że nie trzeba udawać, by tworzyć fotografie, które zostają na zawsze.

 

Fotografia to dla mnie droga rozwoju – człowieka i przedsiębiorcy. Fotografuję codzienność, bliskość i ważne momenty bez ustawiania i upiększania. Nie używam Photoshopa do poprawiania ludzi – wierzę, że prawda i codzienność wystarczą. Jestem też mentotką fotografek, które też chcą zacząć widzieć i działać inaczej, po swojemu.