Reportaż codzienności w domu, który zaczyna się bardzo zwyczajnie. Od wnoszenia pożyczonego łóżeczka, od planowania przestrzeni, od myśli o tym, że wkrótce ktoś nowy zajmie w tym domu swoje miejsce. Mama w ciąży krząta się po kuchni, robi poranne śniadanie, jeszcze w ciszy, zanim dzień na dobre się rozpędzi.
Potem są bose stopy i szybka decyzja, żeby wyjść na chwilę do ogrodu. Na boso, z synkiem, na trampolinę, pośmiać się, powygłupiać, rozruszać ciało. Tata w tym czasie sprząta ogród, robi swoje, a życie toczy się obok, bez zatrzymywania się na „idealny moment”.
W domu znów zmienia się rytm. Wspólne ćwiczenia na macie, trochę zabawy, trochę wygłupów. Potem pokój dziecięcy, autka sunące po dywanie, książki czytane po raz setny i modelina, która klei się do palców i zostaje pod paznokciami. Nic nadzwyczajnego. A jednak wszystko ważne.
Później wyjście na lody do kawiarni. Krótki spacer, słońce, rozmowy. Następnie las i rowerek biegowy, małe nogi pędzące przed siebie, a dorośli idą krok za nimi, spokojnie, bez pośpiechu. To te momenty, które nie krzyczą, że są warte zapamiętania.
Powrót do domu. Tata siada przed telewizorem, łapie chwilę oddechu. Mama w kuchni robi naleśniki, a synek biega dookoła, to tu, to tam, zagląda do miski, pomaga po swojemu. Zapach smażonego ciasta miesza się z dźwiękami domu, który żyje.
I wtedy pojawia się to pytanie. Czy to wszystko jest serio warte fotografowania. Przecież to tylko zwykły dzień. Bez wyjątkowej okazji. Bez wielkich emocji.
Chyba tak. Bo za kilkanaście lat to właśnie do tych kadrów się wraca. Do tych chwil, które wtedy wydawały się zbyt zwyczajne, żeby je zatrzymać. I wtedy naprawdę sobie za to podziękujesz.
