Sesja kobieca w lesie, w której role na chwilę się odwróciły. Fotografka stanęła przed aparatem. Szewc bez butów chodzi, mówi się nie bez powodu. Kiedy ktoś, kto na co dzień patrzy i prowadzi, nagle zostaje poproszony, żeby po prostu być, wszystko nabiera innej głębi.
Jesień była w pełni. Kolory lasu współgrały z nią w sposób niemal oczywisty. Botaniczne tatuaże stapiały się z fakturą kory i liści, krwisto pomarańczowy kolor włosów płonął pomiędzy zielenią i brązami, delikatna koronka kontrastowała z surowością natury, a gruby sweter otulał ją jak bezpieczna warstwa. Nic nie było przypadkowe, choć nic nie było zaplanowane.
W tej sesji nie chodziło o pozowanie. Chodziło o czułość do siebie. O pozwolenie, żeby ciało poruszało się tak, jak chce. O spojrzenia bez napięcia i o gesty, które nie muszą niczego udowadniać. Las stał się tłem, ale też partnerem tej historii. Było w tym wyraźne połączenie z naturą, takie, które uspokaja i przypomina, że wszystko ma swój rytm.
W tle płynęły dźwięki Shataq i Gayi. Muzyka, która nie zagłusza, tylko prowadzi do środka. Pomagała się zatrzymać, zejść z głowy do ciała, poczuć grunt pod stopami. To była sesja uziemiania, powrotu do prawdy, do tego, co autentyczne i niewystylizowane.
Fotograf stojąc po drugiej stronie obiektywu musi zaufać podwójnie. Oddać kontrolę. Zgodzić się na efekt, którego nie widzi na bieżąco. W tej otwartości było coś bardzo odważnego. Zaufanie do procesu, do osoby po drugiej stronie i do siebie samej.
Ta sesja nie była o perfekcyjnych kadrach. Była o obecności. O prawdzie. O byciu tu i teraz. I o tym, że czasem największa siła rodzi się wtedy, gdy pozwalamy sobie nie wiedzieć, jak dokładnie to się skończy.
